Ile razy mieliśmy już do czynienia z oklepanym scenariuszem, w którym główną rolę odgrywa tajemnicza choroba przemieniająca niemal całą populację w zombie, pozostawiając nietkniętą garstkę „ocalonych”, którzy muszą potem zmagać się z tabunami zainfekowanych? Jak lubisz te klimaty, to witaj w domu.
Jakem niefan horrorów wszelakich (mój stosunek do tego gatunku najlepiej odda określenie „obojętność”), takoż nie miałem w stosunku do Black Death większych oczekiwań. Co mnie podkusiło żeby przetestować jej wczesną wersję? Właściwie to sam nie wiem, chyba jednak określenie udostępnionej przez twórców wersji gry “prototypową”. Miałem nadzieję na otrzymanie jakiejś wersji beta eksperymentalnej i odważniejszej niż reszta mainstreamu gry. Trochę się jednak zagalopowałem w swoich domysłach. Okazało się, że zagrałem po prostu w niezbyt długie demo. W dodatku gry niekoniecznie specjalnie unikatowej, choć faktycznie trochę „innej”.
Black Death pochodzi ze studia DarkWorks, twórców m.in. czwartej części Alone in the Dark czy mniej znanej Cold Fear. Oba tytuły były survival horrorami z konwencji TPP, tym razem jednak spojrzymy na świat z oczu głównego bohatera – obowiązkowo odpornego na infekcję pustoszącą świat przedstawiony w grze, mniej za to odporny na ataki samych zainfekowanych. Twórcy ukazują nam perspektywę miasta, które zaatakowała tajemnicza czarna mgła sprawiająca, że mieszkańcy stają się zmutowanymi, krwiożerczymi bestiami. Niby nic nowego, ale jak pierwszy raz zobaczycie mgłę na własne oczy, to zapewniam, że zmięknie wam rura. Mi zmiękła.
No więc właśnie, Czarnej Śmierci nie sposób odmówić klimatu wymarłej metropolii. Po ulicach walają się ludzkie zwłoki i zainfekowani (no cóż, to w zasadzie nic innego jak zombie), poszczególne fragmenty miasta spowija gęst dym, który jest pretekstem do zakładania przez bohatera maski przeciwgazowej, przez którą gracz widzi znacznie mniej. No i ta pojawiająca się znienacka czarna mgła – według twórców będzie można ją wykorzystać w walce, a nawet po części kontrolować.
Sama walka zaś wygląda niestety mocno średnio. Gameplay jest strasznie toporny, wręcz drewniany. Gdy atakujemy przeciwników, nie czujemy w ogóle mocy broni i wrogowie też wydają się nie czuć, reagują na ataki dość… spokojnie, jeśli można to tak ująć. O ile broń palna jeszcze ujdzie, to atakowanie jakiegoś rodzaju kluczem francuskim sprawia wrażenie, jakbyśmy machali gumową, dmuchaną zabawką. Odgłosy zresztą też bardziej przypominają zabawkę. Pewnie bym tak nie narzekał, gdyby nie fakt, że by unieszkodliwić przeciwnika na dobre musimy go zdzielić czymś ciężkim przez łeb, więc często jesteśmy świadkami tej żałosnej sceny. Podoba mi się za to oldskulowe podejście do kwestii zdrowia – by przeżyć, MUSIMY się szprycować jakimiś dziwnymi środkami, gdy odniesiemy rany, nie wystarczy przeczekanie za winklem. Wprawdzie nie widać żadnego wskaźnika, ale czerwony obwód ekranu nigdy nie zwiastuje nic dobrego.
Na uwagę zasługuje jeszcze pewna specyficzna broń chemiczna, którą odnajdujemy na ulicy i do której sami możemy wytwarzać amunicję z mieszanek różnorakich środków chemicznych właśnie. Demo nie pokazało zbyt wiele w tej materii, liczę jednak na inwencję DarkWorks.
Przyznam, że o ile sam system walki mnie – delikatnie mówiąc – nie ujął, o tyle jestem ciekaw innych rozwiązań w kwestii rozgrywki, których demo nie prezentuje. Według twórów będziemy mogli rozwiązać problem zarazy na wiele różnych sposobów. Ba, nie będziemy musieli nawet zabijać zarażonych, będziemy mogli ich leczyć! Ma to dać graczowi swobodę w strategii obieranej przez gracza. A propos swobody – w tym miejscu nie byłbym sobą, gdybym nie napomknął, że marzy mi się w gotowej wersji Black Death jak najdalej idąca swoboda rozgrywki ogólnie – najlepiej coś na kształt gry sandboksowej, w której możemy wykonywać zadania na różne sposoby i w różnej kolejności. Miasto niestety póki co przypomina raczej plątaninę korytarzy (skojarzenia z Wolfensteinem z 2009 roku powinny być uzasadnione), co tę swobodę drastycznie zapewne ograniczy.
Kolejnym i zarazem ostatnim moim zarzutem wobec Black Death jest kiepska (w najlepszym razie mocno średnia) jak na obecne standardy oprawa audio-wideo. Grafika naprawdę ociera się o tę z poprzedniej generacji (co jest o tyle ciekawe, że gra ma wyjść też na Xbox 360 i PS3), podobnie jak sam system walki jest dość sztywniacka i statyczna, zainfekowani są do siebie podobni jak dwie krople wody (a może zaraza atakuje tylko bliźniaki?), w dodatku wzbudzają niespecjalny respekt. Tekstury są niskiej rozdzielczości, jednak poradzono sobie i z tym - z każdym niemal ruchem towarzyszy nam blur, który je nieco osłania. Wszelkie odgłosy też są przytłumione, co ma sens gdy bohater chodzi w pegazie, ale bez tegoż jest niewiele lepiej.
Coby nie mówić o toporności rozgrywki i oprawy, Black Death ma spory potencjał i dzięki ciekawemu klimatowi grozy może się z niego wykluć coś fajnego. Szczególnie że panowie z DarkWorks mają dużo czasu, nie podali bowiem konkretnej daty premiery.



