Lato tego roku skończyło się zanim na dobre właściwie się rozpoczęło. Jeśli ktoś chce poczuć choć namiastkę wakacji, które się dla niego kończą bądź już skończyły – może sięgnąć po Virtua Tennis 4. Produkcję wydano wprawdzie w znacznie bardziej odpowiednim okresie, bo pod koniec czerwca, ale na coraz zimniejsze wieczory również się nada.
Jedna z najbardziej szalonych gier o tej dyscyplinie sportu doczekała się czwartej edycji na pececie. Największą furorę zrobił jednak wydany dziewięć lat temu pierwowzór, będący konwersją z Dreamcasta. Dzięki niemu pecetowi gracze mogli się przekonać, że tenis wcale nie musi być nudny i żmudny jak wydane w podobnym okresie Tennis Master Series czy Rolland Garros. Wariacja Segi na temat tenisa chwyciła i Virtua Tennis okrzyknięto jedną z najlepszych gier sportowych. Produkcja całkiem sprawnie wykosiła konkurencję, co niestety widać. Virtua Tennis 4 walczy sam ze sobą (i ewentualnie z Top Spinem, a i to tylko na konsolach).
Zacznijmy może od soli produkcji czyli od trybu World Tour. Został on całkiem zgrabnie pomyślany i wykonany. Naszym zawodnikiem (którego swoją drogą musimy wpierw stworzyć – nic szczególnego, określamy wygląd i niektóre animacje naszego podopiecznego) poruszamy się po świecie przedstawionym jako plansza do gry. Komputer losuje nam trzy bilety, z których wybieramy jeden i poruszamy się o od jednego do czterech pól. Możemy też w specjalnych punktach kupić te same bilety lub specjalne, m.in. losujące inny zestaw biletów. W teorii zapewne jest to trochę zagmatwane, ale w praktyce sprawdza się naprawdę dobrze. Zabawa nie jest do końca losowa, musimy planować na kilka tur (jedna tura: jeden dzień) z wyprzedzeniem, żeby nie ominąć wydarzeń (rozdanie autografów, zbiórka charytatywna, trenowanie młodzików), meczów specjalnych oraz turniejów, ale jednocześnie nie zamęczyć się (tu należy obserwować punkty kondycji). W ten sposób zdobywamy pieniądze (kupujemy za nie ciuchy i nowe style rozgrywki, o ile je odblokowaliśmy) i punkty prestiżu (dzięki którym pniemy się po szczeblach kariery i otrzymujemy zaproszenia na poszczególne turnieje). Na mapie świata odbywają się też treningi, dzięki którym poszczególne umiejętności naszego podopiecznego rosną. To oczywiście sprawia, że zawodnik staje się coraz lepszy, może też odblokowywać wspomniane style. Ja osobiście grałem zawodnikiem z silnym uderzeniem, nie ma jednak problemu dla preferujących grę bliżej siatki czy dużo biegającym po korcie.
W tym trybie trafia się pierwszy poważny zgrzyt. Wszystko oprócz kondycji i prestiżu sumuje się dla WSZYSTKICH zapisanych gier i zawodników. Bez różnicy, czy grasz Mieczysławem Kowalskim, Apoloniuszem Nowakowskim czy Dobromirą Wiśniak – każde z nich będzie miało 120k golda, uderzenie na poziomie 32 i te same wykupione ciuchy i style. Cytując klasyka: „bezsęsu”. Nie wiem, może to jakiś błąd, może jakiegoś patcha przegapiłem, może buk tak chciał, ale nie widzę żadnego racjonalnego wytłumaczenia tego stanu rzeczy. Druga sprawa – nie znalazłem możliwości konfiguracji długości meczów w tym trybie. W efekcie kampania składająca się z czterech sezonów (którą oczywiście można dalej kontynuować) trwa ledwie dwie-trzy godziny.
Problemem niestety jest też sama rozgrywka. W porównaniu do oryginalnego Virtua Tennisa, jakim go zapamiętałem (ba, przypomniałem go sobie niedawno i mogę to potwierdzić), jest cholernie ślamazarna i wolna. Oczywiście, tenis to nie sprint, jego tempo na poszczególnych nawierzchniach na pewno nie zachwyci fanów bardziej dynamicznych dyscyplin jak koszykówka w wydaniu NBA (np. mnie), ale to przecież Virtua Tennis do cholery! Powinno być szybko, dynamicznie, z jajem i bez choćby grama realizmu. No, tego ostatniego tu z pewnością nie uświadczycie zbyt wiele. Twórcy postawili na coś pomiędzy starym VT, a symulacją – przynajmniej w kwestii tempa gry – pewnie po to, by zachęcić różne grupy odbiorców. W efekcie powstała gra dla nikogo.
Poprawkę na powyższy osąd można wziąć w przypadku wspomnianych treningów w postaci minigierek, które wciąż są równie zwariowane co wcześniej. Gdzie im tam wprawdzie do bitew morskich, wariacji na temat Space Invaders, nie ma nawet kultowych kręgli. Ale i tak nie jest źle – tłuczemy talerze, gramy bombą zamiast piłki, w pokera czy biegamy po korcie, zbierając… kurze jaja. Co więcej, nie trzeba odblokowywać żadnej z tych minigierek, wszystkie są dostępne z poziomu menu. Idealna alternatywa dla PES-a, NBA 2K czy innych, nieco mniej chwalebnych form rozrywki w towarzystwie.
Nijakość i wtórność VT4 podkreśla oprawa. Wprawdzie nikt raczej nie oczekiwał fajerwerków od takiej gry, ale Sega mogła postarać się trochę bardziej, a nie serwować nam oprawę w zasadzie niezmienną od czasów VT3 (przypominam 2007 rok!). Wszystkie animacje zawodników znamy na pamięć po paru meczach (a propos – w wersji na peceta jest ich o paru mniej i jedynym przedstawicielem „legend” jest Jim Courier). Muzyka i dźwięki są poprawne i przeciętne do bólu. Wyjątkiem jest utwór z intra, bardzo przyjemny, oprócz niego jednak nie ma nic, nad czym warto się rozwodzić.
Może oczekuję zbyt wiele, może rzeczywiście nie da się z tej formuły wycisnąć już więcej, ale ledwie kosmetyczne poprawki to za mało, by ruszać ze sprzedażą nowej odsłony serii. Nie wydaje mi się, żeby żeby posiadacze którejś z poprzednich części powinni wpisywać VT4 na priorytetową listę zakupów. Pograjcie lepiej w VT sprzed dziewięciu lat, to pewniejszy gwarant zabawy niż najnowsza odsłona.
Gatunek: sportowa
Data wydania: 22 czerwca 2011
Wymagania sprzętowe: Pentium 4 2GHz, 2 GB RAM, GeForce GT 130
Producent: Sega
Dystrybutor PL: CD Projekt
Wersja językowa: ENG
Cena: 99 zł
Zalety:
+ jak zwykle sympatyczne minigierki
+ ciekawie wykonany tryb World Tour
+ na krótką metę da się pobawić…
Wady:
- … ale na dłuższą metę można zasnąć
- mało zmian w stosunku do poprzednich części
- problemy z World Tourem
- mocno przeciętna oprawa
- zbyt wolne tempo rozgrywki
- ograniczone możliwości konfiguracji meczów w niektórych trybach
- gdzie zniknęli Becker, Edberg i Rafter?
Grafika: 6+
Dźwięk: 6
Grywalność: 5
Ocena ogólna: 5+









