Feeds:
Wpisy
Komentarze

Hard Reset to bynajmniej nie jest gra traktująca o sklejaniu strzępków wspomnień z dość intensywnej nocy. To pierwszy od dawien dawna tak hardkorowy, cyberpunkowy i – słowo klucz – oldskulowy FPS. Wszyscy fani takowych tytułów rodem z końca lat 90. nie powinni przejść obok niego obojętnie.

Dla nas szczególnym smaczkiem jest fakt, że tworzy go polska ekipa Flying Wild Hog. A to nie byle jaka ekipa, składa się ona bowiem z ludzi odpowiedzialnych m.in. za Wiedźmina, Bulletstorm, Snipera:GW i Painkillera. Dream team jak ta lala, takie konotacje nie uszły uwadze nie tylko polskich graczy, ale i zagranicznych dziennikarzy. Najlepsze jednak jest to, że Hard Reset dosłownie wyskoczył jak Filip z konopi. Niespełna dwa miesiące temu ogłoszono, że produkt jest prawie gotowy i zaraz ruszy do tłoczni. Za niecałe dziesięć dni rozkręcę parę śrubek i na pewno podzielę się z wami swoimi wrażeniami. Tymczasem w Sieci pojawił się gameplay z dema Hard Reset. Jak wypadł? Czytaj dalej »

Tych dwóch tytułów teoretycznie nic nie łączy. Wprawdzie obie są przygodówkami, lecz dzieli je przepaść konwencji. Zwariowany i przezabawny Ace Ventura ma się nijak do uderzającego w poważniejsze tony Hopkinsa FBI. Mają one jednak pewną cechę wspólną: kwestie lokalizacji.

Ace Ventura był bowiem w Polsce prawdziwym hitem głównie dlatego, że CD Projekt dokonał odważnego kroku i zdecydował się na pełną polonizację – nie tylko napisów, ale i dodanie polskiego dubbingu, na co żaden polski dystrybutor się przed 1997 nie powziął. To był strzał w dychę, a Ace’a pokochało całe mnóstwo graczy (nie wyłączając mnie). Hopkins FBI wydano w Polsce również za sprawą CDP trzy lata później. I ten tytuł leży tak na dobrą sprawę na drugim biegunie w kwestii polonizacji – pokazuje, że samo zatrudnienie do dubbingu gwiazd znanych z wielkiego ekranu nie gwarantuje sukcesu. Czytaj dalej »

Prawdziwego mężczyznę podobno poznaje się po tym, jak kończy, a nie jak zaczyna. Tak w każdym razie twierdzi co najmniej jeden były premier. Ciekawe, czy przyznałby mi rację, że to samo można powiedzieć o grach przygodowych.

Pewnie nie, ale fakt, że na tę przypadłość cierpi wiele obecnych przygodówek. Twórcy często mają bowiem sporo dobrych pomysłów na fabułę i nie mniej zapału w czasie procesu twórczego, ale z czasem brakuje im wyobraźni na dokończenie historii. W efekcie otrzymujemy wybrakowane produkty, które mają banalne i sztampowe zakończenia, choć zwykle zapowiadają się przynajmniej dobrze. Alpha Polaris jest jednym z nich. Czytaj dalej »

Dawno już jakiekolwiek dzieło spod młotka id Software nie budziło tak… mało emocji. Od czasów Dooma 3, który miał być objawieniem i nową jakością w grach (i faktycznie był – ale tylko graficznie) w firmie tej nie dzieje się raczej nic bardziej interesującego.

Czołowe marki id eksploatowały zupełnie inne studia. Quake 4 i Wolfenstein powstały w znanym i lubianym Raven Software, ET: Quake Wars zajęli się twórcy oryginalnego Enemy Territory czyli Splash Damage, a id wypuściło jedynie w 2009 roku przeglądarkową wersję Q3 – Quake Live. Tym ciekawiej zapowiadał się zaanansowany w 2007 roku Rage, będący pierwszym tytułem id od ponad 15 lat, który nie jest sequelem. Czytaj dalej »

Wydawać by się mogło, że Duke nie ma większej konkurencji na poletku FPS i ich bohaterów. Okazuje się jednak, że byle gwiezdny pirat z niewyparzoną gębą kasuje Księcia jednym tekstem lub jedną serią z automatu.

Nowo wydany Duke Nukem Forever nie uniknął porównań z dziełem People Can Fly głównie ze względu na to, że obie gry przedstawiają nie do końca poważne podejście do tematu. DNF dzięki one-linerom Diuka jest pastiszem m.in. kina akcji (Did I promise to kill you last? I lied.) i gier komputerowych innych developerów (I hate this Valve puzzles). Zresztą i sama postać Księcia to pastisz męskich, aroganckich maczo z wysokim mniemaniem o sobie ratujących świat. A Bulletstorm? W recenzji na polygamia.pl porównano jej fabułę do pulpy, czyli schematycznej i niewymagającej zbyt wiele od odbiorcy opowieści. Z odniesień do tej formy znany jest m.in. Quentin Tarantino i w takim stylu prowadzona jest oś fabularna w tym tytule. To pierwsza płaszczyzna do porównań, kolejna to fakt, iż obie gry są z definicji efektownymi, naładowanymi po brzegi akcją strzelankami, w których częściej korzystamy z ośrodków mózgu odpowiedzialnych za koordynację ruchów niż tych zajmujących się kojarzeniem faktów. No i jeszcze jedno – obie gry były silnie wyczekiwane przez hordy fanów FPS-ów. DNF ze względu na kultową otoczkę no i oczywiście za to, że w końcu nadeszło niesławne „when it’s done!”. Od Bulletstorm oczekiwano zaś wniesienia pewnej świeżości w ten gatunek. Czytaj dalej »

Twierdzi, że gdyby nie gitara, żadna laska w zyciu by się z nim nie przespała. Gdy tak na niego spojrzeć – wydaje się, że ma rację. Nie każdy chłopiec z gitarą od razu zostaje gwiazdą rocka, ale jemu się udało. W ubiegłym roku skończył 65 lat. W tym wieku powinien raczej założyć ciepłe kapcie i rozsiąść się w bujanym fotelu, tymczasem najostrzej imprezujący rockman w historii rusza w kolejną trasę koncertową. Dużo alkoholu przepłynie przez żyły Lemmy’ego Kilmistera, nim zakończy on swą karierę muzyczną.

W komedii pt: „Odlotowcy” jesteśmy świadkami takiego dialogu:
„- Kto wygrałby zapasy pomiędzy Lemmym a Bogiem?
– Lemmy?… Bóg?
– Podchwytliwe pytanie, kutasie. Lemmy JEST Bogiem.”

Po ogłoszeniu zespołu Motörhead, którego liderem jest Lemmy, w roli headlinera czeskiego festiwalu Brutal Assault, jeden z fanów stwierdził: „nie ma nic bardziej brutalnego niż występ boga na Brutalu”. Niedawno w Sieci pojawił się fotomontaż ikony, na której twarz Jezusa zastąpiono twarzą Lemmy’ego, zaś osób będących u jego stóp – twarzami innych znanych muzyków metalowych, m.in. Bruce’a Dickinsona czy Jamesa Hetfielda. W czym tkwi fenomen Iana Frasera „Lemmy’ego” Kilmistera? Czytaj dalej »

Dzieła z tej serii są jednymi z najbardziej kasowych produkcji filmowych w historii. Nic więc dziwnego, że jesteśmy świadkami premiery już czwartej części. Jak dla mnie to filmy te mogą powstawać i do końca świata – o ile oczywiście wciąż będą zachowywać ten sam, porządny poziom.

Nie ma się co bowiem spierać o fenomen Piratów z Karaibów – to po prostu solidne i przy tym bardzo efektowne kino awanturnicze. Produkcje te łączą najlepsze cechy filmu przygodowego, akcji i komedii. A czyż nie to widzowie kochają najbardziej? Zaryzykuję nawet tezę, że seria ta jest najciekawszym od lat fenomenem po serii dzieł z Indianą Jonesem w roli głównej i załatała pewną lukę powstałą po jej wstrzymaniu (nie licząc reaktywacji w 2008 Królestwem Kryształowej Czaszki). A jak w porównaniu do poprzednich części spisuje się Na nieznanych wodach? Całkiem nieźle. Czytaj dalej »